Zmęczona młoda kobieta siedzi wieczorem w kuchni przy laptopie z wielkim napisem „Blue Monday sale -70%”, obok leżą rachunki i telefon z aplikacją bankową oraz kubek herbaty; jej zatroskana mina sugeruje zastanawianie się, czy zakupy w Blue Monday to dobry pomysł przy napiętym budżecie.

Czy zakupy w Blue Monday to dobry pomysł?

Blue Monday. Poniedziałek, w którym za oknem wciąż grudniowy mrok, na koncie – styczniowe otrzeźwienie, a telefon bombarduje powiadomieniami: „Antidotum na najgorszy dzień roku!”, „Blue Monday Sale!”, „Zrób coś dla siebie – dziś taniej”. Brzmi znajomo?

Od kilkunastu lat trzeci poniedziałek stycznia żyje w mediach własnym życiem. Mówi się o „najbardziej depresyjnym dniu w roku”, pokazuje smutne twarze na stockowych zdjęciach, a między jednym a drugim ekspertem od nastroju pojawia się – przypadkiem – reklama wielkiej wyprzedaży. Tyle że cały ten „najgorszy dzień” to w dużej mierze wygodny mit marketingowy, a nie ustalenie nauki.

Ale nawet jeśli Blue Monday jest PR-ową konstrukcją, pytanie zostaje: czy to faktycznie dobry moment na zakupy, czy raczej pułapka na nasz nastrój i portfel?

Mit, który pokochał handel

Historia Blue Monday zaczyna się od wzoru opracowanego kilkanaście lat temu na potrzeby kampanii biura podróży. Do równania wrzucono pogodę, długi po świętach, motywację noworoczną i kilka innych zmiennych, a potem ogłoszono światu, że oto znamy „najbardziej depresyjny dzień roku”. Brzmi efektownie, ale z punktu widzenia nauki – jest co najwyżej ciekawostką.

Psychologowie i organizacje zajmujące się zdrowiem psychicznym od lat przypominają, że naszego samopoczucia nie da się sprowadzić do jednego poniedziałku. Depresja nie wybiera dat w kalendarzu, a gorszy nastrój w styczniu jest raczej efektem wielu czynników: krótkiego dnia, zimna, zmęczenia po intensywnym końcu roku oraz… stanu konta.

Dla handlu ten mit okazał się jednak idealny. Styczeń to tradycyjnie trudniejszy miesiąc sprzedaży: konsumenci właśnie wydali dużo na święta, spłacają raty i podatki, planują oszczędności. Z punktu widzenia sieci handlowych i e-commerce Blue Monday stał się więc kolejną okazją do „podkręcenia” wyników – czymś w rodzaju miniaturowego Black Friday w środku zimy.

Statystyki pokazują, że w niektórych krajach ten poniedziałek faktycznie potrafi wybić się na tle styczniowego zastoju: rośnie ruch w sklepach internetowych, a przychody z tego dnia bywają wyraźnie wyższe niż tydzień wcześniej. Słowem: mit działa. Pytanie, czy działa też na naszą korzyść.

Retail therapy: gdy karta płatnicza udaje psychoterapeutę

Zakupy na poprawę humoru mają swoją nazwę: retail therapy. Mechanizm jest prosty. Czujemy spadek nastroju, stres, zmęczenie. Klikamy w aplikację sklepu, wkładamy coś do koszyka, płacimy – i na chwilę jest lepiej. Mózg dostaje małą nagrodę, poczucie sprawczości rośnie: „coś dla siebie zrobiłam/em”.

Problem w tym, że ta poprawa jest krótkotrwała. Wraz z powiadomieniem „płatność zaakceptowana” prędzej czy później przychodzi też inne: stan konta, obciążenie karty, zbliżające się raty. Zamiast długofalowej ulgi pojawiają się wyrzuty sumienia albo dodatkowy stres finansowy.

Blue Monday wzmacnia ten mechanizm na kilka sposobów:

  • podsuwa gotową narrację: „to obiektywnie najgorszy dzień roku, nic dziwnego, że masz doła”,
  • dołącza komunikat: „zasługujesz na nagrodę, zrób coś dla siebie – kup”,
  • dokleja do tego promocje, liczniki czasu, „tylko dziś” i „ostatnie sztuki”.

W efekcie decyzja zakupowa coraz mniej opiera się na chłodnej kalkulacji, a coraz bardziej na emocji. Tymczasem to właśnie w styczniu wiele gospodarstw domowych ma najmniej marginesu na spontaniczne wydatki.

Co widzi biznes, a czego często nie widzimy my

Z perspektywy firm Blue Monday jest logicznym elementem kalendarza sprzedażowego. Po grudniowym szczycie przychodzi cisza. Magazyny są pełne towaru, prognozy na pierwszy kwartał ostrożne, a akcjonariusze i zarządy oczekują, że „coś z tym zrobimy”.

Rozwiązanie: kampania oparta na głośnym, medialnym haśle. Hasło jest już wszędzie – w mediach, w memach, w rozmowach przy kawie. Wystarczy je podpiąć pod promocje: „Blue Monday Sale”, „Antidotum na Blue Monday”, „Najsmutniejszy dzień? Zrób sobie prezent!”.

Dla wielu marek to po prostu kolejny element strategii: quasi-święto, wokół którego da się zbudować narrację i przyciągnąć ruch do sklepu internetowego. Stawka jest realna – w niektórych branżach różnica między „zwykłym styczniowym poniedziałkiem” a Blue Monday może oznaczać kilkanaście procent obrotu więcej.

Z naszej, konsumenckiej perspektywy wygląda to jednak inaczej. Widzimy komunikaty o wyjątkowości dnia, o szczególnych okazjach, o „jedynym sposobie”, by poprawić sobie humor. Często nie widzimy natomiast, że podobne rabaty pojawiłyby się i tak – tylko pod inną etykietą: „zimowa wyprzedaż”, „mid-season sale” czy „tydzień dla stałych klientów”.

Kiedy zakupy w Blue Monday mają sens

To wszystko nie oznacza, że trzeci poniedziałek stycznia trzeba z definicji spędzać z dala od wszelkich sklepów. Zakupy mogą mieć sens – pod kilkoma warunkami.

Po pierwsze, wtedy, gdy Blue Monday pokrywa się z realną, wcześniej zaplanowaną potrzebą. Jeśli od miesiąca wiesz, że chcesz wymienić telefon, kupić zimową kurtkę czy dokupić sprzęt do domowego biura, a akurat tego dnia pojawia się korzystna promocja – szkoda byłoby z niej nie skorzystać.

Podkreślmy: kluczowe jest tu słowo „wcześniej”. Jeżeli produkt był na Twojej liście jeszcze zanim zobaczyłeś/zobaczyłaś kampanię Blue Monday, łatwiej zachować chłodną głowę. Jeśli pojawia się dopiero dlatego, że wyskoczył w reklamie „na najgorszy dzień roku” – to sygnał ostrzegawczy.

Po drugie, ma sens świadomie zaplanowana „mała przyjemność”, mieszcząca się w Twoim budżecie i sprzyjająca dobrostanowi: karnet na basen, pakiet zajęć ruchowych, książka, kurs online. Coś, co realnie może poprawić jakość życia dłużej niż na kilka minut po kliknięciu „zapłać teraz”.

Po trzecie, Blue Monday może być dobrym momentem na korzystanie z długich styczniowych wyprzedaży, o ile nie dajemy się zwieść hasłom „tylko dziś” i sprawdzamy, czy dana cena faktycznie jest lepsza niż tydzień czy dwa wcześniej.

Kiedy Blue Monday to pułapka

Znacznie częściej niż o racjonalnych, zaplanowanych zakupach mówimy jednak o sytuacji odwrotnej: to nastrój i presja marketingowa prowadzą za rękę do kasy. Tu zaczynają się schody.

Blue Monday staje się pułapką, gdy:

  • sięgamy po kartę przede wszystkim po to, by „zagłuszyć” emocje,
  • już na starcie mamy napięty budżet po grudniu, raty, zaległe rachunki,
  • kuszą nas oferty „kup teraz, zapłać później”, które rozmywają realny koszt,
  • po poprzednich „promocjach życia” został niesmak i poczucie, że pieniądze można było wydać lepiej.

W takim układzie trzeci poniedziałek stycznia może nie tyle poprawić humor, ile go pogorszyć – tyle że z opóźnieniem, gdy przyjdą wyciągi bankowe. Z biznesowego punktu widzenia to udana akcja sprzedażowa. Z perspektywy domowych finansów – ryzyko, którego łatwo było uniknąć.

Do tego dochodzi kwestia etyczna. Wykorzystywanie haseł związanych z depresją i zdrowiem psychicznym do tego, by sprzedać kolejną parę butów czy gadżet, budzi coraz więcej wątpliwości. Coraz częściej mówi się o tym, że to nie jest „lekka zabawa z kalendarzem”, tylko gra na prawdziwych lękach i poczuciu bezradności.

Jak nie dać się Blue Monday: kilka prostych zasad

Jeśli mimo wszystko chcesz w tym dniu zrobić zakupy, potraktuj Blue Monday nie jak magiczną datę, ale jak zwykły dzień styczniowych promocji, w którym obowiązują te same zasady higieny finansowej.

Lista przed reklamą

Zanim otworzysz aplikację sklepu, odpowiedz sobie na pytanie: czego naprawdę potrzebuję w najbliższych tygodniach? Zapisz konkretne produkty lub kategorie i trzymaj się tej listy. Jeśli coś jej nie ma – prawdopodobnie nie jest to niezbędne.

Budżet, nie „jak wyjdzie”

Ustal kwotę, którą możesz wydać, nie naruszając innych zobowiązań. Traktuj ją jak twardy limit, a nie luźną sugestię.

Sprawdź, czy okazja jest naprawdę okazją

Porównaj ceny w kilku miejscach, spójrz na historię cen, nie daj się złapać na „-70% od ceny, którą wczoraj podnieśliśmy o 60%”.

Dobrą zasadą jest też reguła odroczenia: jeśli coś nie jest na liście, ale bardzo kusi, daj sobie 24 godziny. Jeśli następnego dnia nadal uważasz, że to dobry pomysł i mieści się w budżecie – wtedy kup. „Najgorszy dzień roku” spokojnie to wytrzyma.

Zamiast zakupów: inne antidotum na zimowy dół

Nie każdy spadek nastroju trzeba leczyć kartą płatniczą. Czasem więcej dobrego zrobi coś, co jest tanie albo wręcz darmowe: spacer w ciągu dnia, telefon do przyjaciela, porządna drzemka, ruch, zapisanie planów i obaw na papierze, zaplanowanie prostego, realnego celu na najbliższe tygodnie.

Jeśli masz poczucie, że zły nastrój przeciąga się tygodniami, nic Cię nie cieszy, trudno Ci wstać z łóżka, a w głowie coraz częściej pojawiają się myśli rezygnacyjne – ważniejsze niż jakakolwiek promocja jest sięgnięcie po pomoc specjalisty. Blue Monday może być wtedy tylko kolejną datą w kalendarzu, ale może też stać się pretekstem, by zrobić krok w stronę terapii czy konsultacji lekarskiej.

Więcej refleksji niż rabatów

Czy zakupy w Blue Monday to dobry pomysł? Odpowiedź jest mniej efektowna niż nagłówki reklamowe: to zależy – przede wszystkim od tego, co dzieje się na Twoim koncie i w Twojej głowie.

Jeżeli masz listę potrzeb, znasz swój budżet, potrafisz powiedzieć „nie” zbędnym okazjom i traktujesz promocje jak narzędzie, a nie lekarstwo na emocje – Blue Monday może być po prostu jednym z wielu dni, w których kupujesz coś rozsądnie taniej.

Jeśli jednak styczeń to dla Ciebie finansowy maraton, a zakupy coraz częściej służą do gaszenia stresu i smutku – lepiej, by ten poniedziałek minął bez nowych transakcji. Zamiast polować na kody rabatowe, może warto wtedy zapolować na coś trudniejszego, ale bardziej opłacalnego: świadomość własnych nawyków, plan wyjścia z długów, pierwszą rozmowę z kimś, kto pomoże ogarnąć emocje.

Ostatecznie Blue Monday jest tylko symbolem. To od nas zależy, czy stanie się symbolem kolejnego niepotrzebnego wydatku, czy momentem, w którym pierwszy raz poważnie zastanowimy się, jak naprawdę chcemy wydawać swoje pieniądze – nie tylko w jeden poniedziałek, ale przez cały rok.

tm, zdjęcie z abacusai

Autor

  • Marta Kowalska-Brzeska

    Marta Kowalska-Brzeska to uznana specjalistka od prawa konsumenckiego, która od piętnastu lat zajmuje się regulacjami w handlu. Specjalizuje się w pogłębionej analizie przepisów dotyczących ochrony konsumentów, procedur reklamacyjnych oraz mechanizmów egzekwowania praw nabywców. Wspiera konsumentów w działaniach edukacyjnych, przygotowując eksperckie materiały informacyjne dla osób kupujących i przedsiębiorców. Regularnie uczestniczy w konferencjach poświęconych prawom nabywców i zmianom w prawie handlowym. W swoich artykułach łączy fachową wiedzę prawniczą z praktycznymi wskazówkami, pomagając czytelnikom zrozumieć ich uprawnienia i skutecznie je egzekwować. Analizuje funkcjonowanie systemu ochrony konsumentów w Polsce, w tym działania instytucji kontrolnych.