Kiedy na początku grudnia rozeszła się wiadomość, że Netflix chce przejąć Warner Bros. Discovery – wraz z jego studiem filmowym i streamingiem – w polskich mediach społecznościowych od razu pojawiło się pytanie: „A co na to UOKiK? Zablokuje im to, jak kiedyś inne fuzje?”. Brzmi prosto: jest potężna transakcja, jest polski urząd antymonopolowy – niech wkroczy do akcji. Problem w tym, że współczesne prawo konkurencji dla takich globalnych dealów wygląda zupełnie inaczej, niż intuicja podpowiada odbiorcom nad Wisłą.
Netflix, WBD i polski widz – dlaczego w ogóle nas to obchodzi?
Na papierze to „po prostu” kolejna wielka fuzja w globalnej branży rozrywkowej – warta kilkadziesiąt miliardów dolarów, rozłożona na raty i akcje, planowana na około rok–półtora. Ale dla Polski to nie jest abstrakcyjny ruch gdzieś w Los Gatos czy Hollywood.
Z jednej strony mamy Netflixa – największy serwis streamingowy w kraju, z udziałem w rynku subskrypcji sięgającym mniej więcej jednej trzeciej i ponad dwoma piątymi czasu oglądania VOD. Z drugiej – grupę Warner Bros. Discovery, do której należy m.in. TVN, kanały tematyczne oraz usługi Max i Player. Widzowie w Polsce spędzają z tymi podmiotami ogromną część swojego „ekranu”.
Po połączeniu powstałby gracz, który kontroluje mniej więcej połowę rynku subskrypcyjnego streamingu i ponad połowę czasu oglądania treści na platformach VOD. Do tego dochodzi gigantyczna biblioteka marek – od Harry’ego Pottera po „Grę o tron” – którą można trzymać wyłącznie w jednym ekosystemie. To już nie jest zwykła transakcja, to tektoniczne przesunięcie na rynku rozrywki.
Nic dziwnego, że na celowniku znalazły się organy antymonopolowe. Tylko że w europejskiej układance najważniejszym graczem nie jest UOKiK, lecz Komisja Europejska.
„One-stop-shop”, czyli dlaczego decyzja zapadnie w Brukseli
Unijne rozporządzenie o kontroli koncentracji zakłada prostą zasadę: jeżeli fuzja ma określony wymiar unijny – to znaczy uczestniczą w niej firmy o bardzo dużych obrotach globalnych i europejskich – to bada ją wyłącznie Komisja Europejska. Państwa członkowskie nie mogą równolegle stosować swoich krajowych przepisów o koncentracjach.
Netflix i WBD spełniają te progi z ogromnym zapasem. Obie spółki mają globalne przychody liczone w dziesiątkach miliardów dolarów, a Europa jest dla nich jednym z głównych rynków. To klasyczny przypadek, w którym uruchamia się unijny „one-stop-shop”: jedno zgłoszenie, jedno postępowanie, jedna decyzja.
Co to oznacza praktycznie? Prezes UOKiK nie dostanie na biurko wniosku o zgodę na koncentrację Netflix–WBD. Nie będzie też wydawał własnej decyzji: ani odmownej, ani warunkowej. Z prawnego punktu widzenia to sprawa dla unijnej Dyrekcji Generalnej ds. Konkurencji, a Polska jest jednym z wielu państw, które mogą zgłaszać swoje uwagi.
Czy to znaczy, że UOKiK jest statystą? Niekoniecznie.
UOKiK jako „głos z terenu” – miękka siła w twardej sprawie
W dużych fuzjach Komisja Europejska potrzebuje lokalnych danych: udziałów w rynku, informacji o barierach wejścia, praktykach licencyjnych czy sile poszczególnych graczy. Tego nikt w Brukseli nie zna lepiej niż krajowe urzędy antymonopolowe.
UOKiK może więc w tej historii odegrać kilka istotnych ról:
- Dostarczyć Komisji szczegółowych danych o polskim rynku streamingu i telewizji.
- Wskazać ryzyka, które widać szczególnie wyraźnie w Polsce, takie jak ścisk między globalnymi platformami a lokalnymi nadawcami.
- Rekomendować ostre środki zaradcze – od zakazu wyłączności na określone treści po obowiązek udostępniania licencji konkurentom na niedyskryminujących warunkach.
To wciąż nie jest „weto” – ale w praktyce głos dużego rynku, w którym powstaje superlider, potrafi ważyć sporo przy negocjowaniu warunków zgody na koncentrację.
A co z mediami i polityką? Tu wchodzi pluralizm i lista „spółek strategicznych”
Unijne przepisy zostawiają państwom członkowskim pewną furtkę: mogą one bronić uzasadnionych interesów innych niż czysto konkurencyjne, takich jak bezpieczeństwo publiczne czy pluralizm mediów. W przypadku pluralizmu, czyli różnorodności i niezależności mediów, kraj może wprowadzać swoje regulacje, o ile są spójne z prawem UE.
Polska już z tej furtki pośrednio korzysta. W 2024 r. część dużych firm medialnych, w tym nadawcy telewizyjni, trafiła na listę tzw. spółek strategicznych. Każda istotna zmiana właścicielska wymaga tu zgody rządu, a kryteria dotyczą m.in. wpływu na demokrację i bezpieczeństwo państwa, a nie tylko konkurencji na rynku reklamowym.
W praktyce oznacza to, że ewentualna sprzedaż konkretnych polskich aktywów – np. TVN – mogłaby zostać zablokowana albo obwarowana dodatkowymi warunkami na poziomie krajowym, niezależnie od tego, co zdecyduje Komisja w sprawie globalnego dealu.
To jednak narzędzie rządu, nie UOKiK. Urząd antymonopolowy pozostaje w tym obszarze bardziej analitykiem i doradcą niż głównym decydentem.
Czy z polskiej perspektywy jest się czym martwić?
Jeśli odłożymy na bok kwestie polityczne i skupimy się na ekonomii, z perspektywy UOKiK kluczowe są dwa obszary: konkurencja na rynku streamingu oraz licencjonowanie treści.
Streaming
Połączenie Netflixa z Maxem i katalogiem Warnera oznaczałoby, że jedna grupa kontroluje w Polsce mniej więcej połowę rynku subskrypcji SVOD i ponad połowę czasu oglądania. Do tego dochodzi efekt skali: dane o abonentach, algorytmy rekomendacyjne, silna marka i możliwość wprowadzania pakietów z reklamą.
W takiej konfiguracji konkurenci – zwłaszcza lokalni: Player, Polsat Box Go, Canal+ Online, TVP VOD – znaleźliby się w cieniu giganta, który ma i platformę, i kluczowe treści. Ryzyko, że mniejsi gracze zostaną wypchnięci na margines, jest całkiem realne.
Licencje
Dziś część hitów Warnera można oglądać także poza jego własnymi kanałami: w innych telewizjach, na konkurencyjnych platformach, w ofertach operatorów kablowych. Po fuzji korporacja mogłaby uznać, że bardziej opłaca się trzymać większość flagowych tytułów wyłącznie u siebie – albo licencjonować je innym na dużo ostrzejszych warunkach.
Z punktu widzenia prawa konkurencji to klasyczny problem „zamykania rynku”: silny dystrybutor łączy się z ważnym dostawcą treści i zaczyna odcinać rywali od tlenu.
Gdy kurz opadnie: narzędzia UOKiK po domknięciu transakcji
Załóżmy jednak, że Komisja Europejska – mimo zastrzeżeń – zgadza się na fuzję, może z pewnymi warunkami. Co wtedy zostaje polskiemu urzędowi?
Zakaz nadużywania pozycji dominującej
Jeśli po przejęciu nowy Netflix–WBD stanie się w Polsce dominującym graczem na rynku SVOD albo licencjonowania określonej kategorii treści i zacznie tej pozycji nadużywać – np. drapieżnymi cenami, nieuczciwym wiązaniem usług czy odmawianiem dostępu do kluczowych filmów – UOKiK może wszcząć własne postępowanie i nałożyć dotkliwe kary oraz obowiązki behawioralne.
Ochrona konsumentów
Urząd od lat patrzy platformom cyfrowym na ręce – od regulaminów po dark patterns. Jeśli po fuzji Netflix wykorzysta silniejszą pozycję do agresywnych podwyżek cen, utrudniania rezygnacji z abonamentu czy wprowadzania w błąd co do oferty, UOKiK ma pełne kompetencje, by reagować na podstawie przepisów konsumenckich.
Kontrola kolejnych przejęć w Polsce
Fuzja z WBD może być dopiero pierwszym etapem większej strategii. Jeżeli nowy gigant chciałby przejąć lokalną platformę VOD, wejść kapitałowo w polską spółkę mediową czy zawiązać wspólne przedsięwzięcie z dużym operatorem telekomunikacyjnym – takie transakcje, o ile nie osiągają unijnych progów, trafiają już do UOKiK. I tu Prezes może powiedzieć bardzo klasyczne „nie”.
To w końcu może zablokować czy nie?
Jeśli więc spróbujemy odpowiedzieć na tytułowe pytanie wprost, obraz wygląda tak:
- Głównej transakcji Netflix–WBD, jako koncentracji o wymiarze unijnym, UOKiK samodzielnie zablokować nie może. O losie dealu zdecyduje Komisja Europejska, po wysłuchaniu uwag z Warszawy, Berlina, Paryża i innych stolic.
- Polskie władze mają jednak swoje bezpieczniki – od przepisów o spółkach strategicznych po regulacje dotyczące pluralizmu mediów – które mogą utrudnić zmianę właściciela konkretnych aktywów w kraju.
- Sam UOKiK zachowuje istotny arsenał działań „po fakcie”: może karać nadużycia, pilnować praw konsumentów i hamować dalszą konsolidację rynku na poziomie krajowym.
W praktyce więc Warszawa nie postawi szlabanu przed bramą wytwórni w Hollywood. Może za to dość skutecznie negocjować zasady, na jakich nowy globalny gigant będzie funkcjonował na naszym podwórku.
tm, zdjęcie z abacusai